Człowieku, kim jesteś?

Pytanie o tożsamość jest fundamentem życia człowieka. Konieczność uświadomienia sobie kim jestem, stanowi podstawę działania mojego życia. Ostatnio z czeluści swojego komputera wygrzebałem artykuł napisany kilka lat temu, który ciągle mnie zaskakuje. Z tej racji chcę się nim podzielić. Początek odnosi się do historii, ale nie chcę zmieniać brzmienia tego tekstu. Zapraszam do lektury…

Ostatnio wiele pisze się, a jeszcze więcej mówi, o kapłaństwie – wszak w Kościele powszechnym przeżywamy rok kapłański. Może kilka moich myśli nie wniesie nic interesującego do tego zagadnienia, ale pozwoli spojrzeć na kapłaństwo nieco idealistycznie (nie znaczy to naiwnie) oraz pozwoli wrócić do źródeł decyzji o pójściu za Chrystusem.

Pamiętam, kiedy będąc gorliwym alumnem pierwszego roku nauczyłem się łacińskiej formuły agere sequitur esse – działanie wypływa z bytu. Pamiętam wykładowcę, który próbował nam wytłumaczyć, że najpierw człowiek jest, a dopiero później działa. Można rzec, że bycie konstytuuje działanie. Nie można działać, a jednocześnie nie być. Można zatem stwierdzić, że działanie świadczy o byciu. W sensie głębszym trzeba odnieść się do słów Chrystusa, który powiedział: „po owocach ich poznacie” (Mt 7, 16). Stwierdzenie to każe nam zwrócić uwagę na tożsamość. Słowo to powszechnie znane i używane często rozumiemy powierzchownie. Już sam źródłosłów wskazuje na łączność i spójność z samym sobą, świadomość samego siebie. Mówiąc o tożsamości przychodzi nam na myśl jednocześnie pamięć, a to za sprawą Jana Pawła II i Jego książki „Pamięć i tożsamość”. Są to jednocześnie dwie rzeczywistości od siebie nieodłączne: koniecznym jest nieustanne pamiętnie o swej tożsamości. Innymi słowy, to pamiętanie o tym, kim jestem.

Niepokojącym zjawiskiem ostatnich lat jest problem w odkryciu tożsamości młodego pokolenia. Człowiek zagubiony we współczesnym świecie nie jest zdolny do radykalnych decyzji w swoim życiu, a kiedy już zdecyduje się na takowy krok, niekiedy pozostawia za sobą otwarte „furtki”, z których może łatwo skorzystać w razie niepowodzenia. Podobnie rzecz się ma, jak mi się wydaje, z tożsamością kleryka i księdza. Moim zdaniem pokutuje tu przewrót kartezjański, który postawił przed byciem działanie. Jego cogito ergo sum – myślę, więc jestem, zakłada uprzedniość działania przed byciem, co więcej działanie dowodzi rzeczywistości istnienia. Jakie ma to przełożenie na sferę powołania, bycia kapłanem lub klerykiem? Fundamentalne!

Człowiek, który wie kim jest, zna swoją tożsamość, a jego czyny stają się godne jego osoby. To, kim jestem przekłada się na to, co robię: wiem, że pewne zachowania przystoją takiemu stanowi, inne zaś nie. Pragnąc zachować i wyrazić swoją tożsamość, weryfikuję moje zachowania i działam zgodnie z przyjętymi normami. Nie chodzi tu jedynie o granie idealnego kleryka przed władzami seminarium czy księdza mogącego stanowić wzór. Nie postuluję tu zachowywania form bez głębszej treści. Taki znak przestaje być znakiem, gdyż traci swoje znaczenie. Sięga to jednak głębiej, pytania o mnie. Posłużę się przykładem: Niegdyś niewolnicy byli znakowani, wypalano im piętno, aby nie mogli uciec, a jednocześnie ów znak świadczył o przynależności do pana. Kapłaństwo jako sakrament pozostawia po sobie równie niezatarte, choć niewidzialne piętno: oleje na dłoniach mają przypominać o Panu, do którego się należy. Będąc naznaczonym nie można tego ukryć, ludzie bowiem widzą, kto jest moim Panem, albo inaczej: patrząc na mnie mają Go zobaczyć. Wskazuje to na fakt, że owo znamię nie świadczy o mnie, ale o Tym, kto je pozostawił, w tym przypadku o Bogu. Na tej podstawie możemy wnioskować, że kapłaństwo nie jest moje, ale Chrystusa. Jak mówi autor Listu do Hebrajczyków: „A nikt sam sobie nie bierze tej godności, lecz tylko ten, kto jest powołany przez Boga jak Aaron” (Hbr 5, 4). W takim przypadku bycie niewolnikiem (esse) powodowało uległość i posłuszeństwo wobec pana (agere).

Rzecz ma się z goła inaczej, jeśli weźmiemy kartezjańską maksymę. Działanie poprzedzające istotę gubi się, nie może odnaleźć swoich stałych źródeł, czegoś niezmiennego, solidnych fundamentów, co gwarantowałoby taki, a nie inny sposób działania. Jest to działanie chaotyczne i nieuporządkowane, wręcz przypadkowe. Tak pojmowane moje działanie powoduje to, kim jestem, stąd – jak myślę – bierze się niezdecydowanie i brak radykalizmu młodych ludzi. Przychodząc do seminarium myślą, że jakoś to będzie, warto spróbować. I zaczynają działać, jednym się udaje innym nie. Dlaczego? Ponieważ ja robię co mi się podoba, a później na podstawie moich czynów weryfikuję, czy pasuję do ram. Muszę zobaczyć, kim jestem, bo nie mogę się ograniczać, a tym samym mam problem z samookreśleniem… Zagubienie tożsamości, a raczej próba ślepego jej szukania jest powodem tak wielu pomyłek. Nie łatwo jest zadać sobie pytanie o to, kim jestem, ale jest to podstawowe i konieczne do jasnego wytyczenia celu na przyszłość.

Teraz wkroczę nieco w swój młodzieńczy idealizm… Nierozerwalność świadectwa życia i głoszonych prawd, pragnienie bycia dobrym kapłanem, powodzenie na katechezie czy na ambonie to jeszcze odległe ode mnie rzeczywistości, ale jak mi się wydaje wszystkie są osadzone na autentyzmie osoby. Co przez to rozumiem? Świadectwo. Nie można uczyć ludzi czegoś, czego się nie przeżyło: owszem, nie wszystko kapłan musi znać z autopsji, do wykorzystania mamy ogromny skarbiec Kościoła z najpiękniejszą Księgą będącą odpowiedzią na wszelkie ludzkie bolączki – Biblią.

Nierozerwalność wiary i życia, to prawda, którą każdego dnia na nowo odkrywam zagłębiając się w charyzmat oazowy. Jak sama nazwa wskazuje Ruch Światło-Życie jest rzeczywistością dynamiczną (ruch), w której nieustannie się krzyżuje belka pionowa (ΦΩΣ – Światło Słowa Bożego) z belką poziomą (ΖΩΗ – Życie zgodne ze światłem), gdzie łącznikiem jest Ω – symbol Ducha Świętego – sprawcy jedności wszystkiego we wszystkim (por. 1 Kor 12, 6). Dlaczego to dla mnie takie ważne? Jeśli nie żyję zgodnie z tym, co głoszę, to są dwie możliwości, albo moje życie nie dorasta do wymagań Ewangelii, albo Ta nie mówi Prawdy. Stąd dwie możliwości działania: albo muszę zmienić orędzie, albo siebie. Wybór jest oczywisty, ale jakże trudny. Uczynić pierwsze jest łatwiej, ale by nie zdradzić swego Pana – Chrystusa koniecznie trzeba podjąć trud nawrócenia.

Gdzie zatem zagubiła się nasza pierwotna miłość? Trzeba nam ciągle wychodzić na pustynię, gdzie do naszych serc będzie mówił sam Bóg (por. Oz 2, 16). Chrystus nie promował bylejakości, nie przyszedł i nie zniósł prawa, ale je udoskonalił, zaostrzył, czego wyraz dał w Kazaniu na Górze pozostawiając jednak klauzulę „jeśli chcesz”. Jeśli chcesz, to staraj się żyć moim orędziem. Człowiek nie jest jednak w stanie zachować w pełni orędzia polegając jedynie na własnych siłach. Stąd Ω – Duch Święty, który może nas uzdolnić do wypełniania Bożych zobowiązań. On ma nas także uświadomić o naszym grzechu (por. J 16, 7-9). Musimy pogodzić się z naszą grzesznością, ale nie możemy godzić się na grzech. Dlatego wkracza ze swym Miłosierdziem Chrystus. Ciągle na nowo zadziwia mnie Bóg przebaczający. On jak dobry Ojciec nie obniża wymagań, ale przebacza. Nie „nagina” Dekalogu, żeby móc bez wysiłku spełnić wszystkie przykazania, ale kiedy Piotr się Go zapiera jest gotów darować winy. Nie aż siedem razy, ale siedemdziesiąt siedem (por. Mt 18, 22). Chrystus nie mówi: rozejdźmy się i sprawdźmy ile możemy zdziałać cudów, a później zobaczymy jaka jest nasza tożsamość, ale najpierw pokazuje, co to znaczy być Jego uczniem. Kiedy naucza, uzdrawia chorych, egzorcyzmuje, rozmnaża chleb, a nade wszystko kiedy się modli, przygotowuje uczniów do misji. Dopiero później wysyła ich by głosili światu Dobrą nowinę o Królestwie Bożym i działali cuda (por. Łk 10, 1-20).

Być kapłanem, być klerykiem, to nade wszystko być uczniem Chrystusa, to znaczy dostrzec w sobie piętno, które wyrył w czasie chrztu, bierzmowania i święceń, by wiedzieć do Kogo się należy, a w konsekwencji móc Go naśladować i świadczyć o swym Panu… Kiedyś słyszałem taką opinię, że świeccy widzą w kapłanach, klerykach kogoś więcej niż tylko człowieka, ale świadków Boga, stąd więcej od nich wymagają. Sami kapłani zaś widzą siebie nade wszystko jako ludzi zwykłych, dlatego łatwiej się usprawiedliwiają. A może powinno być odwrotnie?

Wreszcie należy zadać sobie pytanie: „Czy jestem zadowolony z tego, kim jestem?” albo nieco inne: „Czy czuję się spełniony w tym, co robię?” Często zarzuca się charyzmatycznym kapłanom, że przywiązują ludzi do siebie. To jest jakaś sytuacja, która raczej nie powinna mieć miejsca, ale należałoby zapytać, co pozostali kapłani w tym czasie robią ze swoją tożsamością? Gdzie ją pożytkują, przed telewizorem, komputerem? A może smakują wolność „pachnącą oktanami”? Kim jesteś człowieku? Dopiero zszedłeś z drzewa, a już ukrywasz się, by nie rozpoznać swojego obrazu. Nie chcesz, boisz się dostrzec swego wzoru, według którego zostałeś stworzony, a na którym powinieneś polegać i do którego dążyć? Nie chcesz go spotkać, aby nie poznać samego siebie?

A wszystko zaczęło się od Adama…

*Artykuł ten został opublikowany w 2010 roku w seminaryjnym periodyku „Itinerarium” (16/2009-2010)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.