Zacznij czytać od końca…

Zacznij od Zmartwychwstania
od pustego grobu
od Matki Boskiej Radosnej
wtedy nawet krzyż ucieszy
jak perkoz dwuczuby na wiosnę
anioł sam wytłumaczy jak trzeba
choć doktoratu z teologii nie ma
grzech ciężki staje się lekki
gdy się jak świntuch rozpłacze
– nie róbcie beksy ze mnie
mówi Matka Boska
to kiedyś
teraz inaczej
zacznij od pustego grobu
od słońca
ewangelie czyta się jak hebrajskie litery
od końca

ks. Jan Twardowski, Od końca

Kiedy niedawno byłem w szpitalu z Komunią świętą, zobaczyłem ludzi nieuleczalnie chorych, dla których śmierć była czymś zwyczajnym i codziennym. Niekiedy byli jeszcze bardzo młodzi. Z jednej strony uznałem to za coś nadzwyczajnego, albowiem codziennie nie myśli się o umieraniu, ale z drugiej strony postrzegłem to jako coś normalnego, że ciężko chorując dopuszczali taką możliwość. Nie, nie było w nich buntu, byli już pogodzeni. Ich wzrok nie zatrzymywał się jednak na samym przejściu, ale wiódł dalej, w nieznane i nieogarnione przestrzenie wieczności. Dla mnie było to wielkie świadectwo nadziei.

Chyba tak już jest z człowiekiem, że często zaczyna poważnie myśleć o życiu dopiero w perspektywie śmierci. Mówił o tym także Konfucjusz, który zapytany o to, czym jest śmierć, miał odpowiedzieć: „Nie rozumiesz co to jest życie, a chciałbyś zrozumieć czym jest śmierć?” Wydaje się, że śmierć i życie są ze sobą nierozerwalnie złączone i nie sposób mówić o umieraniu bez życia, ani też o życiu bez perspektywy umierania, bowiem misterium życia zawsze łączy się z jakimś umieraniem…

Chciałbym przedstawić kilka refleksji o umieraniu w codzienności – czymś naturalnym a tajemniczym jednocześnie, zaś dla wielu z nas z pewnością nieuświadomionym. W dużej mierze to, co się dokonuje w naszym życiu, nosi w sobie znamiona śmierci. Pomimo tego, że nie myślimy o umieraniu każdego dnia, to tak naprawdę całe nasze życie jest kroczeniem ku śmierci. Bo cóż innego musi człowiek zrobić po narodzeniu, jeśli nie umrzeć? Czyż Chrystus nie powiedział: „kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je” (Mk 8, 35)? Widzimy zatem, że jedynym sposobem zyskania życia wiecznego jest śmierć w życiu doczesnym, ale śmierć szczególna, o której mówi następująco: „Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (por. Łk 9, 23). Cóż zatem oznacza codzienne branie swego krzyża na ramiona, jeśli nie zadawanie śmierci swemu egoizmowi i ambicjom? Rezygnacja z siebie w imię chrześcijańskiej miłości staje się kluczem do tego, aby móc wygrać życie. Wieczne życie. Jest to dla nas wielkie wyzwanie, bo trudno jest świadomie umierać.

Prosta, prozaiczna rzeczywistość może zabić, ale sztuką jest ją ożywić. To jest walka o życie. Wystarczy gest serdeczności, uśmiech czy błysk oka, aby poprawić nastrój. Nieprzespana noc, bolący ząb, chore dziecko czy teściowa w odwiedzinach może frustrować, lub dzięki śmierci zadanej wrogości, stać się chwilą zwycięstwa, powstania ku lepszemu życiu. Dzisiejszy świat nie potrafi przebaczać: bezwzględny i nieczuły na potrzeby innych kroczy niewzruszenie ku celowi posiadania więcej, by być kimś więcej… ale gdzieś po drodze zagubił się człowiek. Czy ktoś jest w stanie Go jeszcze zauważyć? Stoi skulony na peryferiach świata, nieatrakcyjny i odrzucony. Czy znajdzie się ktoś, kto mu pomoże? Po co? Przecież może sobie dać radę, jest taki sam jak ja, a ja sobie radzę. Mnie nikt nie pomaga, dlaczego więc ja mam pomagać innym? Nie łatwo jest się zniżyć do jego poziomu, bo i po co zadawać się z tym czymś? Monstrum jakieś… Chociaż… Rzucę mu coś, może napiszą o mnie, że jestem wielkim filantropem? Tak, to dobrze wpłynęłoby na mój image. Co powiedział? Żegnam? W dodatku niewychowany – „żegnam” zamiast „dziękuję”. Ale zaraz, dlaczego właśnie żegnam? Nic z tego nie rozumiem. Dlaczego się ze mną żegna? Przecież mnie nie zna! Na śmierć to, powiada… niech mu będzie… w sumie też bym wolał umrzeć niż żyć jak on… To kiedy planujesz umrzeć? Każdego dnia umierasz? Wariat, wiedziałem od razu. Nie mam dla Ciebie czasu… odszedł. Człowiek niewzruszenie pozostał w swej pozycji tylko w ręku zaczął przebierać jakieś koraliki szepcząc słowa układające się na wzór modlitwy. On każdego dnia umiera za świat, który Go otacza… Kim jest ów człowiek? To święty współczesnych czasów. Błogosławiony, bo w swym ubóstwie odkrył bogactwo Boga. Błogosławiony, bo w swoim smutku spotkał Boga. Błogosławiony, bo kiedy inni osądzają, milczy czekając na swą nagrodę. Błogosławiony, bo umie przebaczyć nie szukając odpłaty. Błogosławiony, bo oddziela grzech od sprawcy. Błogosławiony, bo jego serce zawsze chce zobaczyć dobro drugiego. Błogosławiony, bo w jego sercu gości pokój Chrystusowy. Błogosławiony, bo nie boi się płynąć pod prąd świata wiedząc o prześladowaniach.

Niejednokrotnie myślę sobie, że współczesny człowiek nie potrafi przyjmować cierpienia, a przecież Chrystus zostawił nam wzór… My uciekamy od cierpienia, bo nas boli, bo wcześniej czy później zaprowadzi nas do śmierci, której przecież się boimy… Ale nawet Chrystus – Bóg-Człowiek musiał cierpieć i umrzeć, aby trzeciego dnia móc zmartwychwstać. Jakże my będziemy mogli zmartwychwstać, skoro nie umieramy każdego dnia? Nie chodzi tu tylko o śmierć fizyczną, ale nade wszystko o codzienne zmaganie się ze swoimi grzechami i słabościami… Jezus także bał się męki, pragnął uniknąć cierpienia: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich” (Łk 22, 42), ale po chwili dodał następną część, której niestety nam często brakuje: „Wszakże nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” Jakże nam trudno przyjąć wolę Bożą! A przecież ona jest najpewniejszą drogą do szczęścia wiecznego… Często pragniemy zmienić tę zasadę pozornie mówiąc: Panie Boże niech będzie wola Twoja, byleby była zgodna z moją wolą… Często też wypełniamy tę wolę „dla Jezusa”. Kiedy zatem zaczniemy traktować Wolę Bożą poważnie i wypełniać ją „z Jezusem”? Pełnić Wolę Bożą jest moją radością, cokolwiek by to nie znaczyło…

Człowiek bowiem rodzi się tylko po to, aby przez swe życie móc powiedzieć bliskim: żegnaj, do zobaczenia w prawdziwym życiu. Musi być ono jednak odpowiednio przygotowane: zmierza bowiem nieuchronnie do bramy wieczności. Przypomina o tym doskonale znana sentencja łacińska: Memento mori, która dosłownie znaczy „Pamiętaj, że jesteś umierający”. Skoro nieustannie umieram, ginę w przestworzach nie-bytu, po co się starać i skupiać wszelkie pragnienia na zdobywaniu zniszczalnego, a tym samym jakże pozornego dobra? To musi we mnie zniknąć, bo „cóż za korzyść dla człowieka, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?” (Łk 9, 25). Tu na myśl przychodzą mi słowa jednego z kapłanów, jakie skierował do rodziców: Po co pracujecie kilkanaście godzin dziennie i zbieracie tę mamonę? Żeby waszym dzieciom było lepiej w życiu niż wam? I po co? Postarajcie się raczej, aby wasze dzieci były lepsze od was. One niech będą waszym bogactwem. To jest prawdziwa inwestycja w dobro, którego „ani mól, ani rdza nie zniszczy” (por. Mt 6,20). Taki skarb długo będzie świadczył o życiu… Non omnis moriar… A co ja po sobie zostawię?

Stawka jest najwyższa, gra bez możliwości powrotu do poprzedniej rundy, a życie – tylko jedno, którego nie można zmarnować… Można wygrać tylko w jeden sposób: jednocząc się z Chrystusem. On wziął swój Krzyż będący krzyżem każdego człowieka. To nie jest zachowanie dzisiejszego świata, ale to wzór darowany nam przez Mesjasza. Ścieżka po której kroczymy jest wąska i mało uczęszczana, pomimo tego, że tuż obok biegnie autostrada. Nasza ścieżka ma jednak przetarty szlak znaczony przez Krzyż. Dlatego nie jesteśmy na nim sami. On uczy nas także śmierci za innych i dla innych, bo umarł za nas i dla nas – za mnie i dla mnie. Umarł z miłości, bo sam jest prawdziwą Miłością.

Czymże jest bowiem nasze życie jeśli nie ciągłym umieraniem? Zacznijmy więc czytać swoje życie od końca…

*Artykuł ten został opublikowany w 2010 roku w seminaryjnym periodyku „Itinerarium” (16/2009-2010).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *